Wciągnięci w świat magii

wtorek, 1 maja 2012

Rozdział czwarty

W barze "Bermet" cuchnęło dymem papierosowym, unoszącym się nad stolikami z ciemnego drewna, a także nad starym barem, za którym stała znudzona kobieta. Ruch tutaj był niewielki, przynajmniej w tym dniu, więc gdy weszłam, a drzwi zatrzasnęły się za mną, od razu zwróciłam na siebie uwagę wszystkich klientów. Niepewnie ruszając przed siebie, czułam na sobie około dziesięciu par oczu, które bezczelnie szacowały moją osobę. Gdy usiadłam przy barze wszystko wróciło do normy i ponownie bar wypełnił się odgłosami rozmów.
- Podać ci coś, młoda? - Spytała blondynka, stukając długimi tipsami o czarny blat. Uśmiechnęłam się blado i skinęłam głową.
- Proszę wodę niegazowaną - odpowiedziałam ochrypłym głosem. Mój wzrok padł na jasne włosy barmanki i zaczęłam się zastanawiać czy są farbowane... Jakbyś nie miała ważniejszych rzeczy na głowie, skarciłam się w myślach. Na przykład, co ze sobą teraz zrobisz.
- Nie jesteś stąd, prawda?
Przytaknęłam, zaskoczona a zarazem szczęśliwa, że blondynka nawiązała ze mną rozmowę. Jeszcze szczęśliwsza byłam, gdy postawiła przede mną szklankę wody, do której włożyła dwie kostki lodu. Upiłam łyk chłodnego napoju i westchnęłam. Woda była jak balsam dla moich spragnionych ust i wyschniętego gardła. Nie piłam odkąd obudziłam się w domu kobiety, od której uciekłam.
- Nie jestem - odparłam. - Aż tak to widać?
- No taak... - powiedziała powoli. - Jeżeli chcesz to u góry jest pokój z łazienką. Możesz się wykąpać i przebrać - dodała speszona. Muszę przyznać, że zaskoczyła mnie jej propozycja, jednak gdy już weszłam po schodach do niewielkiego pokoiku, wiedziałam co miała na myśli, proponując mi kąpiel. Cała byłam umorusana sadzą, kurzem i ulicznym pyłem. Moje ubrania w paru miejscach były poszarpane, a włosy skołtunione. To by tłumaczyło zachowanie ludzi, którzy mnie ignorowali, pomyślałam z rozbawieniem. Bo trzeba przyznać, że wyglądałam naprawdę zabawnie. Powiedziałabym nawet, że żałośnie prezentowałam się w czystym pomieszczeniu. Nie chcąc nadużywać gościnności barmanki, wzięłam szybki prysznic, dokładnie szorując całe ciało. Następnie nałożyłam błękitny szlafrok i wyjęłam z szafki grzebień. Włosy rozczesałam z trudem, wyrywając przy tym parę blond kosmyków. Jednak po dokładnym wysuszeniu ich, okazały się naprawdę ładne. Twarz również prezentowała się dość przyjemnie w jasnym oświetleniu. Gdy wyszłam, na krześle czekały na mnie czyste ubrania, a na stoliku stał kubek gorącej czekolady. Przebrałam się z przyjemnością wkładając krótkie szorty i cienką podkoszulkę. Te ubrania, w porównaniu do ciemnych dżinsów i bawełnianej koszuli, które nosiłam wcześniej, były o wiele odpowiedniejsze na klimat tego miasteczka. Chwyciłam kubek i ostrożnie, by nie wylać jego zawartości, zeszłam z powrotem do baru i ponownie siadłam przy ladzie.
- Bardzo  pani dziękuję, nawet nie wiedziałam, że jestem aż tak brudna - szepnęłam do barmanki.
- Nie ma za co. Teraz wyglądasz o wiele lepiej - uśmiechnęła się, ukazując rządek białych zębów. - I nie żadna "pani" tylko Sophie - dodała puszczając mi oczko.
- W takim razie, dziękuję, Sophie. Jestem Caroline - przedstawiłam się imieniem, które zdążyłam wymyślić podczas kąpieli. Tak samo, jak całą nową osobowość. Trzeba być ostrożnym, nie?
Po kolejnych minutach spędzonych na rozmowie z Sophie, opuściłam bar jako Caroline Cameron. Wtedy nie wiedziałam, że po raz ostatni widziałam tą uroczą blondynkę.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Ha ha ha. Szlaban na wieczność, czyli wchodzę tylko wtedy, gdy ktoś zostawi otarty komputer / laptop.  To pisałam na szybko, więc wybaczcie błędy. Tata bardzo nie lubi, jak tykam jego skarb. ;___;
W każdym razie zastanawiam się teraz, co napisać dalej, nie gubiąc wątku z czarownicą. będę musiała troszeczkę pokombinować, co nie zawsze mi wychodzi na dobre. Na razie to włóczę się po domu od czasu do czasu odwiedzając koleżankę w szpitalu. A w poniedziałek ponownie do szkoły... Jeszcze tylko 2 miesiące, trzeba wytrzymać. c:

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Rozdział trzeci

Po paru godzinach wolnego marszu zmęczenia było tak odczuwalne, że już nie potrafiłam utrzymać się na nogach. Słońce już prawie całkiem zaszło, zabarwiając niebo na różne odcienie różu i fioletu. Mimo zbliżającego się wieczoru, nadal było bardzo ciepło, jednak już dawno przestało mi to przeszkadzać. Większym problem był fakt, że nadal nie wiedziałam gdzie jestem. Żadna z zatrzymywanych przeze mnie osób nie odpowiedziała mi na to pytanie, wszyscy ignorowali mnie jakbym w ogóle nie istniała.
Już całkowicie otępiała ze zmęczenia, usiadłam na ławce, już trochę podniszczonej przez upływający czas.Głód i pragnienie również zaczęły mi doskwierać. W brzuchu burczało mi od dawna, jednak dopiero teraz zaczęłam zwracać na to uwagę. Przydałoby się pomyśleć nad tym, co mam teraz zrobić, pomyślałam zamykając oczy. Chciałabym wypełnić te luki w pamięci. Pozbyć się tej czarnej dziury, która zabrała mi wspomnienia. Jednak zmęczenie przezwyciężyło tę chęć. Skuliłam się na ławce i odpłynęłam z nadzieją, że obudzę się nim ktoś mnie tu zobaczy.

Coś gorącego smagnęło moje ręce. To czerwone płomienie, otaczające mnie ściśniętym kręgiem. Ogień tańczył, niszcząc wszystko na swojej drodze. Zza ścian dobiegał mnie krzyk ludzi i trzaski załamującej się podłogi. Patrzyłam na szalejący żywioł i śmiałam się. Nie czułam przerażenia tylko satysfakcję i triumf. Nie wiem ile tam tak stałam, płonąc i nie mogąc powstrzymać śmiechu. W każdym razie, gdy otworzyłam oczy, znowu kuliłam się na starej ławce. W powietrzu unosił się dziwny zapach, jakby swąd spalonego ciała.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------
No dobrze, tyle na dzisiaj.
Przepraszam Was za wszystkie błędy, jednak mam naprawdę mało czasu na napisanie czegokolwiek poprawnie. Nie wiem także, kiedy będę mogła napisać kolejną notkę. W każdym razie życzę Wam dobrej nocy i zapraszam do dalszego czytania. c:

piątek, 23 marca 2012

Rozdział drugi

Tik tak, tik tak. Wskazówka idzie w dół i w górę, dwa kroki w dół i jeden w górę. Druga trzydzieści dwie, a za oknem jasno. Słońce stoi wysoko na błękitnym niebie, szum wiatru poruszającego liśćmi potężnych drzew. Tik tak, w przód i w tył.
- Ten zegar nie działa już od dawna. - Oznajmił ktoś, stawiając na stoliku filiżankę mocnej herbaty. Filiżanka była jasno żółta w wiosenne kwiaty. Na powierzchni porcelany widoczna była lekka rysa, ledwo dostrzegalna jeśli dobrze się jej nie przyjrzało. Podniosłam filiżankę do ust i pociągnęłam mały łyczek herbaty. Skrzywiłam się, połykając gorący płyn. Tik tak, tik tak.
- Gorzka. - Wyszeptałam chrapliwie. Przede mną postawiono cukierniczkę, więc chwyciłam ją i wsypałam zawartość do herbaty. Oczywiście nie całą, nie zmieściłaby się.Czyjaś dłoń dotknęła mi czoła, następnie policzka. Później ostrożnie wyjęła mi spod pachy termometr.
- Boże, dziecko, ty masz prawie czterdzieści stopni! - Głos należał do ciemnowłosej kobiety. Miała naprawdę przyjemny głos, taki ciepły i melodyjny. Przyjrzałam jej się z lekkim zaciekawieniem. Ładna, stwierdziłam po chwili, nawet bardzo. Przypatrywała mi się współczująco dużymi kocimi oczami i okręcała na szczupłym palcu swoje proste włosy. Zauważyłam także, że lekko przygryza dolną wargę.
- I co ja mam z tobą zrobić? Pamiętasz jak się nazywasz, gdzie mieszkasz? - Pytała coraz bardziej zdenerwowana. Zastanowiłam się przez chwilę. Jak się nazywam? Nie pamiętam... nie wiem też, gdzie mieszkam, ani kim są moi rodzice. W głowie pustka, jakby ktoś wyrwał mi wspomnienia. Moje całe życie.
- Nie, proszę pani, niczego nie pamiętam. - Odparłam, popijając herbatę, która nadal była trochę za gorąca.
- No dobrze... - Mruknęła zamyślona i usiadła na przeciwko mnie w skórzanym fotelu. - Trzeba będzie zadzwonić do opieki społecznej, lub na policję. Oni na pewno znajdą twoich rodziców. A teraz pozwól, że pójdę się wykąpać, jestem cała spocona. - Oznajmiła, a ja kiwnęłam głową, chociaż wiedziałam, że to było niepotrzebne. Kobieta wyszła, a ja zorientowałam się, iż jeszcze mi się nie przedstawiła. W każdym razie, pomyślałam, nie mogę tu zostać. Nie wiem dlaczego, ale nie mogę. Nie wrócę do domu.
Wstałam i odłożyłam koc. Nie miałam ze sobą żadnych rzeczy, więc przeciągnęłam się tylko i wyszłam na zlaną słońcem uliczkę. Lekki wietrzyk potargał mi jasnymi włosami.
- W którą stronę mam teraz iść? - Spytałam cicho, jednak po chwili odpowiedziałam sobie na to pytanie. Pójdę w  lewo... w stronę Słońca.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------
Eh.... zaraza. Przez jakieś pięć dni byłam chora a teraz mam jeszcze kaszel. I chociaż ciągle siedziałam w domu, to nie miałam sił ani czasu, by coś napisać. A teraz taki niedługi, lecz trochę pogmatwany wpis, który mam nadzieję, że Was nie zniechęci do dalszego czytania. c:

niedziela, 11 marca 2012

Rozdział pierwszy

Ten dzień był wyjątkowo wietrzny jak na koniec września. Wszyscy siedzieli w swoich domach i z niechęcią rozmyślali o tym, że za niedługo będzie trzeba pójść na plac główny i sprzedać towary, by zarobić na wodę i chleb dla całej rodziny. Gdyby któryś z wieśniaków wyjrzał za drzwi i spojrzał na wschód, pewnie dostrzegłby wysoką postać, stojącą na Wzgórzu Poległych. Ową postacią była młoda kobieta, na oko miała niewiele ponad dwadzieścia lat. Jej włosy rozwiewał wiatr, który targał także jej czarną pelerynę.Czarownica Lizzy, tak ją zwali mieszkańcy Północnego Lorein, gdyż często chodziła do lasu i zbierała zioła, nieznane zwykłym wieśniakom. Ci, którzy choć trochę ją znali, wiedzieli tylko, iż była córką zmarłego dawno temu uzdrowiciela, cenionego na dworach bogatej szlachty. Jej pełne imię brzmiało Elizabeth Isabell Couren, stąd jej przydomek "Lizzy".
W każdym razie, nikt nie przejmował się tym, co robiła. Niektórzy uważali ją za trochę świrniętą, jednak nic nie robili sobie z jej dziwnego i tajemniczego zachowania, do czasu.
 Młoda Couren przypatrywała się niewielkiemu miasteczku z pewną wrogością. Wiedziała, że za niedługo przybędzie po nią straż, by zabrać ją do egzekutora, który wyda na nią wyrok. A każdy wiedział, co czeka czarownice. Przeczesała palcami swoje kruczoczarne włosy i uśmiechnęła się z niejaką satysfakcją. Myśl o tym, że los tej prowincji zależy teraz od niej, napawał ją triumfem. Ponownie spojrzała na Lorein: liche chaty, bezlistne drzewa, szare niebo. Wszędzie pustki, słychać tylko odgłos wiatru i szczekanie jakiegoś bezdomnego kundla.
- Czy naprawdę chcę się mścić? - Spytała siebie, opierając się o pień niewysokiego drzewa. Przypomniała sobie swego ojca i matkę, rodzeństwo, ich dom... bolesne wspomnienia rozwiały wątpliwości. Chciała zemsty, od tak dawna jej pragnęła. Teraz miała dość mocy i pomysł, brakowało tylko odwagi, by go zrealizować. A przecież powinna ją w sobie znaleźć, nawet po tylu latach. To dobrze, pomyślała, jeszcze nie jestem do końca zła. Chociaż to pewnie tylko kwestia czasu.
Z lewej kieszeni płaszcza wyjęła zwitek papieru, na którym widniało zaklęcie. Lizzy zaśmiała się złowieszczo, w końcu jednak przestała i schowała kartkę z powrotem do kieszeni. Nawet nie zauważyła, że Słońce stanęło już wysoko na niebie, a Lorein zatętniło życiem. Zeszła ze wzgórza i ruszyła przez pola do swojej chaty.
Wiatr nadal targał jej włosami, które zasłaniały jej widok, więc nie zauważyła, że drzwi są otwarte.
Gdy podeszła do nich, było już za późno. Dwóch strażników chwyciło ją za przeguby, trzeci związał je, by nie mogła poruszać rękoma.
- Teraz już nie odprawisz żadnego czaru, dziwko. - Oznajmił i splunął gęstą śliną na jej płaszcz.
Ciągnęli i pchali ją, aż doszli na główny plac, gdzie przed miejscem egzekucji zebrał się duży tłumek gapiów.
Strażnicy przywiązali ją do pala i odeszli. Egzekutor stanął przed stosem, by wygłosić mowę.
 - Elizabeth Isabell Couren, skazana za czary na śmierć poprzez spalenie na stosie. Niech Boży Ogień ocali jej duszę z grzechów, które popełniła za namową Szatana. I pamiętajcie, że każdy, kto odwróci się od Boga, będzie potępiony. - Ostatnie słowa wypowiedział nieco głośniej i rzucił zapaloną pochodnię.
Płomienie buchnęły, ludzie odsunęli się, jednak nie odeszli. Z radością przyglądali się jak czarownica płonie, jednak chwilę później ich radość przygasła, gdyż Lizzy wypowiedziała swoją ostatnią klątwę.
-----------------------------------------------------------------------------------

Mam nadzieję, że początek wam się spodobał . Za niedługo postaram się dodać kolejną część. c: